logotype

Nadchodzące imprezy

Dla organizatorów

Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

Zbieracze Rdzy - Prolog

Dzień 11

Frachtowiec Mantikora V od piętnastu godzin wisiał bezczynnie na wysokiej orbicie wokół księżyca Selon 4, który był naturalnym satelitą gazowego olbrzyma Salamit.

Kapitan Benjamin Ferrero, siedząc w skórzanym fotelu umieszczonym w koncie obszernej kajuty, bez entuzjazmu przerzucał strony akt na swoim holotablecie. Czterdziestopięcioletni mężczyzna był średniego wzrostu, miał wydatny brzuch, efekt zbyt dużej ilości wypitego piwa, krótkie, kasztanowe włosy i sumiasty wąs. Otuliwszy się zielonym szlafrokiem frote, popijał grzańca ze swojego ulubionego kufla.

Kapitan właśnie przerzucił ostatnią stronę akt swojej stałej załogi i zaczął czytać informacje o nowej grupie najemników. Dokładnie dwa tygodnie temu, został zmuszony do zwolnienia Weteranów Decko, ośmiu zatwardziałych zabijaków. Sprawdzili się nie raz w czasie prac wydobywczych, jednak po ostatniej zadymie z GCPS zażądali takiej podwyżki, że Ferrero musiał odmówić i skończyć współpracę z nimi. Szykowała się jednak kolejna akcja, a bez osłony wydobycie było by zbyt ryzykowne, więc musiał zatrudnić kogoś nowego.

Wybrał średnią opcję: w miarę tanią grupę z niewielkim doświadczeniem, lecz dobrymi referencjami. Nazywała się Space Girls. Kapitan myślał początkowo, że to taki żart, jednak gdy zobaczył owe moczymordy, zrozumiał sens nazwy. Cała siódemka to były młode kobiety, wysportowane, obyte z bronią i rozgarnięte, jednak Ferrero nie potrafił brać ich na poważnie. Niestety, na daną chwilę nie miał innego wyboru, a termin wydobycia zbliżał się nieubłaganie.

Benjamin pociągnął kolejny łyk piwa i przerzucił stronę na tablecie, kręcąc z niedowierzaniem głową na widok akt niejakiej Sunny Flower, która miała skończone zaledwie dziewiętnaście lat. Kolejne członkinie grupy najemniczej były niewiele starsze i kapitan zaczął się zastanawiać, kiedy zdążyły one nabrać doświadczenia w walce i czy przypadkiem nie został oszukany.

Kapitanie! Mamy aktualizację! – ryknął przepity głos z interkomu, wybudzając Benjamina z drzemki. Kapitan podniósł z podłogi tablet, który musiał mu się wysunąć z dłoni gdy przysnął, podszedł do biurka służbowego wciskając umieszczony na nim guzik komunikatora.

– Zaraz będę, Pierwszy! Bez odbioru – zakomunikował Ferrero, wciągając pospiesznie na siebie porozrzucane po podłodze ubrania.

Gdy Benjamin wszedł na mostek, zastał tam czarnoskórego Rene Sanny'ego, który od pięciu lat pełnił na Mantikorze stanowisko pierwszego oficera, oraz nawigatora Bogliego, karła, który z pięćdziesięciu lat swego życia, czterdzieści spędził na statkach kosmicznych.

Pierwszy stał przy głównym monitorze, przyglądając się widniejącemu na nim obiektowi, i gdy tylko Ferrero podszedł bliżej, przedstawił mu sytuację.

– Kapitanie, mamy nasz kontraktowy. Wyleciał właśnie ze stacji orbitalnej nad Salamitem, tak jak w zleceniu, to jest fregata klasy Basylion MK9, pilotowana przez Orkhidea, tak jak było ustalone, dokładnie za sześć koma dwadzieścia minut zostanie przechwycony przez niebieskich.

– Doskonale – skwitował Benjamin. – Zarządź alarm, wszyscy na stanowiska i szykować się do przejęcia!

Pierwszy podszedł do fotela oficerskiego przy konsolecie, chwycił mikrofon i zaczął wydawać rozkazy reszcie załogi. Kapitan tymczasem przyglądał się szmuglerskiemu MK9, który sunął powoli w kierunku słońca, aby nabrać odpowiednią prędkość do wejścia w nadprzestrzeń.

Dokładnie o wyznaczonym czasie z sąsiedniego systemu w okolicę Salamitu przyleciała fregata przechwytująca lokalnej straży kosmicznej. Straż weszła na kurs kolizyjny z dwa razy mniejszym od ich statku Basylionem, usiłując zatrzymać poszukiwanego listami gończymi Orkhidea. Pirat nie miał zamiaru poddać się bez walki – musiał wieźć cenny i bardzo nielegalny ładunek, skoro postanowił oprzeć się stróżom prawa.

Kapitan popatrzył na twarze wszystkich zebranych na mostku, widząc na nich mieszaninę napięcia, radości i niepewności. Zaraz po ogłoszeniu alarmu do Pierwszego i nawigatora dołączyli Pavel Ryś, niespełna trzydziestoletni radiooperator, oraz Aint Ellamo, trzydziestopięcioletnia oficer numer Dwa.

– Ryś, przygotuj sygnał SOS! – zakomunikował Benjamin, wpatrując się w skupieniu na obraz powiększony przez dziobową kamerę. Tym czasem na ekranie toczyła się zacięta bitwa. Piracka fregata była niesamowicie zwinna, jednak siła ognia straży kosmicznej nie pozwalała jej uzyskać przewagi w starciu. Turbo lasery rozpruwały kadłub Basyliona niczym nóż konserwę, aż w końcu silniki przemytniczego statku zgasły i zaczął od dryfować. Straż podleciała bliżej, kilku funkcjonariuszy w skafandrach wyleciało w przestrzeń i dokonało abordażu w celu pojmania kryminalisty lub stwierdzenia jego zgonu.

– Teraz! Sygnał, Ryś! – krzyknął z napięciem w głosie kapitan, a posłuszny radiooperator uruchomił nagranie, które imitowało dochodzącą z dalszej odległości wiadomość krótkofalową SOS.

Wszyscy z zapartym tchem patrzyli na ekran monitora, śledząc rozgrywające się na nim wydarzenia. Fregata przechwytująca szykowała się do przejęcia ładunku pozostałego na pokładzie pirackiej jednostki, jednak nagle ekipa robotów transportowych została odwołana i wszystkie trzy, powróciły do luku ładunkowego statku, który skierował się do centrum układu i odpalił napęd nad przestrzenny.

Wszyscy na mostku odetchnęli z ulgą, pozwalając sobie na kilka pikantnych komentarzy skierowanych do straży kosmicznej.

– Ekipa zbieraczy na stanowiska, Pierwszy, odpalać manewrowe i taktyczna na przód w stronę kontraktowego! Space Girls, zająć stanowiska.

Kapitan roześmiał się na dźwięk swoich własnych słów, nazwa grupy najemników była tak idiotyczna, że nie potrafił się powstrzymać od rechotania, do tego akcja przebiegała cudownie jak do tej pory i radosny nastrój udzielił się reszcie załogi.

Mantikora zbliżyła się do wraku Basyliona, jej dwie wieżyczki turbo laserowe na wszelki wypadek skierowały swoje lufy w piracki statek, a siedem odzianych w bojowe skafandry Space Girls wyszło w przestrzeń i w nadzwyczaj sprawny sposób, dokonały abordażu zabezpieczając wnętrze dryfującego MK9.

– Mamy niespełna piętnaście minut, uwijać mi się tam pano... znaczy panie!

Ferrero w porę ugryzł się w język, wybuchając kolejną salwą śmiechu. Tym czasem z komunikatora dochodziły zniekształcone informacje, podawane przez panią porucznik Black Widow, dowodzącą operacją bojową.

Sterówka zabezpieczona, maszynownia zabezpieczona, ładownia zabezpieczona, nie ma kontaktu, powtarzam, brak kontaktu!

Kapitan zacisnął pięść i uniósł ją do góry w geście zwycięstwa, zerkając na Drugą i mrugając do niej okiem porozumiewawczo. Kobieta odwzajemniła mrugnięcie, dodatkowo językiem wypychając policzek zrobiła sprośną sztuczkę, na widok której Benjaminowi członek omal nie wyrwał dziury w spodniach.

Zaraz po tym, gdy ekipa bojowa oznajmiła, iż teren jest bezpieczny, grupa czterech młodych zbieraczy wtargnęła do umierającego Basyliona, wyrywając mechanicznymi łapskami mechów transportowych jego cenne wnętrzności.

Oprócz zawartości ładowni zbieracze mieli za zadanie w jak najkrótszym czasie wyciągnąć z wraku jak najwięcej przydatnych, na oko sprawnych części. Piętnaście minut to nie było zbyt wiele czasu, dlatego zbieracze, pilotujący pomalowane na żółto mechy, nie cackali się z towarem, wyrywając go brutalnie ze ścian i mocowań, byle szybciej, byle więcej.

– Kapitanie! Fregata przechwytująca w dalekim skanie! – zakomunikował Pavel Ryś, na co Benjamin klasnął w dłonie i rozkazał, wciskając guzik na mikrofonie.

– Zawijamy, zawijamy! Czas dwie minuty, Space Girls zabezpieczacie odwrót zbieraczy i jak tylko włazy będą pozamykane meldujecie i spadamy.

Zrozumiano! – potwierdziła Black Widow.

Ta jest! – zawtórował jej Anzelm, szef zbieraczy.

Akcja przebiegła iście podręcznikowo, zbieraczom udało się zabezpieczyć kilkanaście wartościowych części pirackiego statku oraz, co najważniejsze, sześć z siedmiu kontenerów, które ten przewoził. Siódmy kontener został uszkodzony i niemalże przyspawany turbo laserem do podłogi i ściany, nie było więc czasu na jego wydobycie. Do otwarcia pozostałych sześciu potrzeba było nieco więcej zachodu, bo wykonane były z wyjątkowo wytrzymałego materiału i zabezpieczone skomplikowanymi zamkami elektronicznymi.

Mantikora czmychnęła do sąsiedniego systemu, pozostawiając po sobie jedynie szczątki Basyliona. Milicja, która przybyła na miejsce w kilka minut później, miała niezłą zagwozdkę i śledztwo prawie niemożliwe do rozwikłania. Frachtowiec zawisł w granatowej przestrzeni bezkresnego kosmosu na tak zwanym „bezpiecznym punkcie”, dając swojej załodze czas na przeglądnięcie łupów i zdanie raportów.

Black Widow weszła do kajuty kapitana, który ją jako pierwszą wezwał na odprawę. Mężczyzna wskazał jej krzesło przed swoim biurkiem i zapytał:

– Napijesz się czegoś?

Kobieta potrząsnęła przecząco głową, wzburzając fale swoich długich, rudych włosów. Dowódca Space Girls jeszcze nie ściągnęła munduru, jeśli tak można było nazwać jej czarne, skórzane odzienie, które przykuwało wzrok Benjamina.

Widow uśmiechnęła się lekko i aby przerwać niezręczna pauzę, zapytała:

– Poszło idealnie, mam nadzieję, że jest pan zadowolony z naszych usług?

Ferrero zrobił kwaśną minę, cmoknął przeciągle i odłożył na blat biurka trzymany w ręku tablet.

– Widzisz moja droga, wszystko poszło gładko, bo nie było kłopotów. Kto wie, jak potoczyłaby się nasza akcja, gdyby jednak na pokładzie jakieś niedobitki stawiły nam opór albo gdyby niespodziewanie wróciła milicja. Tak że choć jak na razie nie mam zastrzeżeń, to o waszej przydatności i sprawności jeszcze się nie wypowiem, okej?

Widow kiwnęła głową, nie dając po sobie poznać lekkiego ukłucia zawodu, które okazała jedynie pojedynczym, niemal niezauważalnym drgnięciem wargi.

– Mam pytanie kapitanie, mogę?

– Śmiało, jeśli to coś osobistego, to najwyżej nie odpowiem.

Kobiecie spodobał się luźny charakter wypowiedzi jej pracodawcy i po raz kolejny się uśmiechnęła, tym razem jeszcze szczerzej.

– Chodzi mi o ten manewr ze zmyłką, milicja łyka takie sygnały SOS? Nie są w stanie ustalić, skąd one pochodzą?

– Widzisz, moja droga, to jest sekret naszego wspaniałego radiooperatora, który tłumaczył mi dziesięć razy, jak to działa, jednak nie zrozumiałem ni cholery, o czym on mówił.

Kapitan uśmiechnął się serdecznie, widząc skrywany zawód na twarzy kobiety, postanowił jednak udawać, że tego nie zanotował.

– Rozumiem, chciałam tylko zauważyć, że to bardzo sprytne i pomysłowe.

– Dziękuję, nie omieszkam przekazać twojego zachwytu panu Rysiowi.

Widow wstała z krzesła, pytając:

– Czy coś jeszcze kapitanie?

– Nie, moja droga, to wszystko, miałem jeszcze zapytać czy odpowiada wam zakwaterowanie, ale i tak niewiele mogę w tej kwestii zmienić, więc nie zabieram ci więcej czasu.

Kapitan odsunął się od biurka na krześle, patrząc w kierunku usytuowanego na ścianie barku, gdzie stał jego kufel na piwo i podgrzewacz. Kobieta chyba chciała coś jeszcze dodać, ale zrezygnowała i po prostu skierowała się do wyjścia mówiąc na pożegnanie.

– W takim razie wracam do kwatery, muszę się przebrać po akcji i odświeżyć.

Drzwi przed nią się otworzyły i wychodząc, minęła się w nich z Drugą. Aint poczekała, aż drzwi się zamknęły, i z groźną miną zapytała:

– Nawiązywałeś nowe kontakty z naszą panią lateksową?

Kapitan uśmiechnął się i z rozmarzoną miną oraz tęsknym głosem odpowiedział:

– Taaak, cały czas jak tu siedziała, wyobrażałem sobie, jak dobieram się do jej tyłka przez tą obcisłą kreację.

– Zdążyłbyś zasnąć z nudów, zanim byś to z niej zdjął – stwierdziła z przekąsem Aint. – Tu za to masz wszystko pod ręką i gotowe do zbadania – mówiąc to, podwinęła nieco swoją i tak już nieprzyzwoicie krótką, białą spódniczkę, podniosła wysoko kolano i postawiła stopę na blacie biurka, ukazując Benjaminowi swoją pozbawioną bielizny, kuszącą nagość.

Dzień 13

Benjamin Ferrero nie wierzył w przesądy, ale trzynasty dzień wyprawy był na tyle pechowy, że postanowił oznaczyć wszystkie trzynastki w kalendarzu kolorem czerwonym.

Zaczęło się od tego, że Aint Ellamo nakryła go w szatni siłowni razem ze zbieraczką Ryksą. Oczywiście nie obyło się bez kłótni i szarpaniny, a skończyło się wielkim fochem i groźnymi obietnicami.

Następnie nawaliła jedna z łazienek na pokładzie maszynowni. Aby usunąć usterkę, mechanik musiał na chwilę wyłączyć zasilanie w tamtym sektorze – tyle że zasilanie nie wróciło po naprawie pompy prysznica. Wszyscy trzej mechanicy wraz z głównym głowili się nad problemem, którego nie mogli rozwiązać przez kilka godzin.

Do listy nieszczęść dopisała się też seria zepsutych zestawów obiadowych oraz kontuzja jednej ze Space Girls, która zwichnęła kolano w czasie treningu na sali. Jednak najgorsze nadciągnęło dopiero w południe, gdy główny mechanik Bjorgen Nebelsoffen oświadczył kapitanowi, że usterka zasilania spowodowała łańcuch dalszych uszkodzeń, które doprowadziły do wyłączenia silników głównych.

Benjamin stał na mostku patrząc w monitor nawigatora, śledząc poruszające się po nim kropki i krzyżyki. W końcu nie wytrzymał i warcząc ze złości, ruszył w kierunku korytarza.

– Pierwszy, idę do ładowni sprawdzić, co Evandro zdołał odzyskać z wraku.

Rene Sanny kiwnął głową porozumiewawczo i powrócił do klikania w klawiaturę na swojej konsoli. Kapitan wyszedł na korytarz, zjechał po bocznej drabinie na niższy poziom i poszedł zaciemnioną z powodu kłopotów z zasilaniem śluzą w kierunku windy towarowej.

Ładownia składała się z sześciu kwadratowych przedziałów długości po czterdzieści metrów każdy, połączonych ze sobą szerokimi grodziami. W razie konieczności dźwig zamontowany na kadłubie Mantikory mógł wyciągnąć poszczególne przedziały, co ułatwiało załadunek i rozładunek w większości hubów handlowych. Obecnie wszystkie sześć przedziałów było załadowanych aż po sufit kontenerami, chłodziarkami i wielkimi pojemnikami na płyny. Wśród nich znajdowało się sześć tajemniczych kontenerów z Basyliona, które były co prawda celem kontraktu dla jakiegoś nadętego pryszcza z bogatej korporacji, jednak Benjaminowi nie dawało spokoju to, że kompletnie nic nie wiedział o zawartości tych pojemników.

Kapitan podszedł do kucającego mechanika, który usiłował po raz setny przeskanować ręcznym urządzeniem krawędź jednego z kontenerów, gdzie widniała przepalona szrama, zapewne efekt walki poprzedniego właściciela towaru ze strażnikami.

– Evandro, powiedz mi mój drogi, co to za cholerstwo?

Trzydziestodwuletni mechanik nosił długie, czarne dredy, które upinał na czubku głowy, przez co wyglądał jak doniczka z jakąś egzotyczną rośliną. Na Mantikorze pracował już ponad trzy lata i zasłużył się wielce swoimi zdolnościami do otwierania wszelakich zamkniętych rzeczy.

– Kapitanie, nie mam pojęcia co jest w środku, ale to na bank są chłodziarki ani kriokapsuły. Nie idzie tego nijak prześwietlić, skanowanie nie daje rezultatu, no a otwierać pan zabronił, więc mam związane ręce.

– A to pęknięcie, nie da się tam jakiejś sondy wprowadzić czy coś?

– Nie, kapitanie, przepalina jest długa na jedenaście centymetrów i szeroka na pół milimetra, nic tam nie wcisnę, a jak zacznę, to może dojść do jakiegoś wycieku, albo i gorzej. Obawiam się, że zawartość tych pojemników na zawsze pozostanie dla nas tajemnicą, chyba że zapyta pan zleceniodawcę.

– Co ty? – roześmiał się Benjamin. – Ten koleś nawet nie pokazał swojej twarzy, wszystko załatwiał przez pośredników i to takich, co do których mam wątpliwości, czy byli ludźmi, czy cyborgami. Dobra, daj sobie z tym spokój, idź lepiej do Bjorgena i zobacz, czy nie przydasz mu się w naprawianiu silników.

Evandro pozbierał swoje klamoty z podłogi i poszedł w kierunku śluzy, zostawiając kapitana sam na sam z tajemnicą sześciu zapieczętowanych kontenerów.

Dzień 14

Katarina Zvasdenko, choć trzy lata temu przekroczyła pięćdziesiątkę, cały czas była tak samo entuzjastycznie nastawiona do wypraw z kapitanem Ferrero, w którym potajemnie się podkochiwała od wielu lat. Na pokładzie Mantikory piastowała posadę intendenta i przez wszystkich była pieszczotliwie nazywana „Mamuśką” z racji swego nadopiekuńczego podejścia do młodszych członków załogi.

Katarina zeszła do pierwszego sektora transportowego, jak zwykle sapiąc i narzekając na ciasne schody i korytarz, w którym ledwo mieściła swoje prawie dwustukilowe ciało. Kobieta przecisnęła się przez ostatnią gródź, przecierając rękawem spocone czoło i odgarniając z niego przetłuszczoną grzywkę długich, kasztanowych włosów. W ładowni akurat nikogo nie było – nic dziwnego, pora była późna, a większość załogi skończyła swoje zajęcia na dziś. Oczywiście nigdy nie dotyczyło to intendenta.

Zvasdenko podeszła do zbiornika z wodą pitną, sprawdzając jego pojemność i stopień skażenia. Woda była czysta, ale należało mimo wszystko sprawdzać, czy przypadkiem skaner nie wykrył nieoczekiwanych zmian w jej składzie chemicznym. W czasie długiej wyprawy nie było nic gorszego niż brak wody zdatnej do picia.

Po chwili kobieta potoczyła się drobnymi kroczkami w kierunku zapasowej lodówki z podstawowymi racjami żywnościowymi i gdy już miała wcisnąć guzik przy ekranie zamontowanego na niej skanera, usłyszała hałas kilkadziesiąt metrów obok. Coś głośno łupnęło o stalową podłogę, po czym tak jakby przesunęło się po niej, zgrzytając niemiłosiernie jak metal trący o metal.

– Jest tam kto? – krzyknęła nieco przestraszona Katarina, która zastygła w bezruchu. Nikt nie odpowiedział, nic nie było słychać. Kobieta zapięła zamek swojego czerwonego golfu pod samą szyję, czując, że nagle zrobiło jej się zimno i nieprzyjemnie. – Jak to ktoś z nowych, chce mi zrobić na złość to ostrzegam, że ja decyduję o tym, kto ile na tym statku je i pije, tak?

Nadal nikt się nie odzywał i Katarina doszła do wniosku, że to najprawdopodobniej spadł jeden z pojemników w innym sektorze magazynowym, co postanowiła sprawdzić osobiście. Ruszyła w kierunku dziobu statku, mrużąc oczy, żeby lepiej widzieć w panującym półmroku. Nagle gdzieś z prawej strony usłyszała szmer, potem coś jakby ciężkie kroki. Kontem oka na jednym z niebieskich pojemników zobaczyła cień rzucany przez małe lampki rozmieszczone na ścianach.

Katarina stanęła jak wryta, strach sparaliżował ją na dobre i gdy już myślała, że gorzej być nie może, usłyszała kolejny hałas, dźwięk rozrywanej blachy, pękającego metalu i syczenie gazu pod dużym ciśnieniem. Odwróciła się na pięcie, chcąc jak najszybciej uciec w kierunku korytarza, i wtedy jej wzrok padł na miejsce, z którego przed chwilą przyszła. Zvasdenko otworzyła szeroko oczy z przerażenia i miała zamiar krzyczeć głośno i bez opamiętania, jednak z jej gardła wydobył się tylko cichy pisk, a potem fontanna krwi.

Dzień 15

Benjamin pędził przez korytarz, pełen obaw i niepewności, dziwny meldunek jaki otrzymał od mechanika Isandro, zmroził mu krew w żyłach. Kapitan zeskoczył niemal ze schodków prowadzących z korytarza do pierwszego sektora magazynowego i podbiegł do grupki gapiów otaczających jeden ze zdobycznych kontenerów.

Jedna ze ścian pojemnika była rozpruta, wewnątrz walały się jakieś przewody, giętkie rury i tuby oraz cztery duże zbiorniki multifunkcyjne. Dookoła pełno było zasychającego zielonkawego płynu i śmierdzącego, galaretowatego, fioletowego szlam.

– Co się stało? – rzucił kapitan, nie kierując pytania do nikogo konkretnego, ale mając nadzieję, że zaraz ktoś wszystko mu wyjaśni.

– Zszedłem jakieś dziesięć minut temu do konwertora – Bjorgen kazał mi go regulować, gdy on będzie stawiał system w przerywaczach napędowych – i jak przyszedłem, to już tak było – zakomunikował Isandro, wskazując palcem na bałagan dookoła.

– Mam nadzieję, że nikt tu niczego nie dotykał? – Zapytał rozdrażniony kapitan, który właśnie sobie uświadomił, że zleceniodawca nie będzie zachwycony faktem, iż jeden z jego kontenerów został otwarty. Ludzie pokręcili przecząco głowami i na wszelki wypadek zaczęli się rozchodzić widząc, że Benjamin jest w kiepskim nastroju.

Medyk Dorothy Moth i mechanik Evandro wspólnie ustalili, że pojemnik był w rzeczywistości czymś w rodzaju kriokapsuły, stworzonej nie tyle do zamrożenia żywego organizmu, co do utrzymania jego podstawowych funkcji życiowych i wygodnego transportu w bezpieczny, nieinwazyjny sposób. Rozwiali też wątpliwości kapitana, który utrzymywał, że to ktoś z załogi otworzył kontener. Ścianę pojemnika rozerwano lub rozcięto sprzętem strażackim od wewnątrz, a następnie ktokolwiek był w środku, wydostał się z ładowni i obecnie znajdował się gdzieś na pokładzie Mantikory. Jednak najgorszą rzecz ustaliła główny medyk Colin Malavia, która nieopodal kontenera znalazła na podłodze plamę krwi należącą według danych kodu DNA do Katariny Zvasdenko. Krew ledwo dało się zauważyć, tak jakby ktoś dosłownie usiłował wylizać ją z podłogi. Nie na darmo pani doktor użyła słowa „wylizać” w swoim raporcie, gdyż według jej skanera w krwi znajdowały się ślady obcej substancji ślino podobnej, której DNA nie pasowało do żadnego łańcucha znanego w tej galaktyce.

Dzień 16

Poszukiwania zaginionej Zvasdenko nie przyniosły rezultatu, nie znaleziono też pasażera z kapsuły. Jedyna dobra wiadomość dla kapitana była taka, że mechanikom w końcu udało się naprawić napęd i właśnie szykowali się do pierwszego testu.

Benjamin Ferrero stał na mostku, wpatrując się nieobecnym wzrokiem w głównego mechanika Bjorgena Nebelsoffena, który z głównej konsolety nadzorował testowanie silników. Pozostali mechanicy zajęli stanowiska w maszynowni i przy samych silnikach, aby mieć pogląd na każdy z systemów, które uległy uszkodzeniu.

Bjorgen skubał nerwowo swoją kozią bródkę, czekając na odpowiedź Isandra, który miał za zadanie wyregulować przekaźniki przy prawym silniku.

Jest jedenaście koma dwa i stoi! – odezwał się przez interkom wyczekiwany głos pomocnika.

– Doskonale, teraz ty, Evandro, dawaj tyle samo i melduj, jak wejdzie na jedenaście dwa – zakomenderował główny mechanik, sprawdzając odczyty z konsolety i porównując je z danymi z holotabletu trzymanego w drżącej dłoni. Minęło kilkanaście sekund, gdy w głośniku zatrzeszczał głos Evandro.

U mnie spokojnie jedenaście i dwa, było wahanie na początku, ale jest norma i stoi!

Nebelsoffen kiwnął głową z zadowoleniem, wciskając guzik komunikatora.

– No to teraz ty, maleńka, zrób mi dobrze i wyreguluj obie wiązki do wartości podanej w instrukcji. Zażartował główny mechanik zwracając się do Jorginy, najstarszej z jego pomocników.

Haa... haa... haaa... Niedoczekanie twoje, stary pryku – skwitował kobiecy głos dobiegający z komunikatora. – Twoje wiązki będą na zielonym za trzy, dwie, jedną, już.

Bjorgen wodził wzrokiem pomiędzy ekranem konsolety a tabletem, z zadowoleniem obserwując słupki danych przelatujących przed jego oczami. W końcu z entuzjazmem włączył nadawanie i wydał polecenie pomocnikom pilnującym silników, aby pozamykali układy blokujące i przeszli na pasywny odbiór w czujnikach.

Jest pasywny! Zamykam i czekam na dalsze instrukcje szefie! – zakomunikował jako pierwszy Isandro.

U mnie to samo, spokojnie jak na... moment, ktoś mi się tu kręci, pogonię szwędacza, bo jeszcze w jakieś kable wlezie.

To był ostatni przekaz od Evandra. Bjorgen wzywał go jeszcze przez kilka minut, po czym kapitan ogłosił alarm i kto tylko mógł, popędził do bloku lewego silnika. Po mechaniku nie było ani śladu. Dopiero doktor Colin Malavia odkryła po godzinie poszukiwań plamy krwi w komorze silnika, pod samym systemem chłodzącym. Podobnie jak w przypadku Katariny, krew Evandro ktoś bardzo dokładnie wylizał z podłogi, zostawiając prawie niezauważalne ślady na zakurzonej powierzchni – w zasadzie gdyby nie pościerany kurz, nikt by tych śladów nie znalazł.

Dzień 17

Kapitan Benjamin Ferrero zarządził czerwony alarm na pokładzie Mantikory, co oznaczało, że każdy od tej pory miał nosić przy sobie broń i włączony komunikator personalny. Ponadto wszyscy musieli poruszać się parami w prawie każdych okolicznościach. Poszukiwania zaginionych trwały nadal, testy silników powiodły się, jednak kapitan nie podjął decyzji o skoku w nadprzestrzeń, co spotkało się z jawnym sprzeciwem ze strony zaniepokojonej załogi. Wszyscy chcieli jak najszybciej znaleźć się w bezpiecznych domach. Sytuacja z rozerwanym kontenerem i znikającymi członkami załogi przeraziła każdego i nie rozumieli, dlaczego Benjamin zwleka. Kapitan natomiast myślał w innych kategoriach: miał na pokładzie tajemnicę, która mogła się okazać bardzo niebezpieczna, gdyby zawiózł ją pod próg swojego domu.

Priorytetem było odszukanie zaginionych oraz intruza i spacyfikowanie go, zakładając, że to on jest odpowiedzialny za zniknięcie Katariny i Evandro.

Ekipa poszukiwawcza podzieliła się na dziesięć grup, które przy użyciu skanerów ruchu, podczerwieni i ultrafioletu, przeczesywały każdy skrawek Mantikory.

Benjamin wybrał grupę dowodzoną przez Black Widow, której towarzyszył zbieracz Bosse. Razem zajęli się przetrząsaniem śluzy załadunkowej oraz magazynu ze skafandrami. Oba te miejsca przeszukiwano już kilkukrotnie, ale kapitan rozkazał zmieniać ekipy i szukać do skutku w tych samych miejscach w nadziei, że inni dostrzegą to, co mogli przeoczyć ich poprzednicy.

Skanery milczały, nie było też żadnych, odbiegających od normy widzialnych śladów. Benjamin tracił już nadzieję i powoli skłaniał się ku powrotowi do domu, gdy w interkomie zaszumiał głos doktor Malavii z sekcji medycznej.

Kapitanie, mam dla pana ważną informację, proszę jak najszybciej przyjść do medycznego.

– Dobrze pani doktor, będę za pięć minut, z kim pani jest? – zapytał przezornie Benjamin.

Jest ze mną Dorothy Moth, to znaczy była, poszła na chwilę do ambulatorium po fiolki, ale wszystko pod kontrolą.

Kapitan wściekł się na samą myśl o tak luźnym traktowaniu rozkazów, jednak nie dał tego po sobie poznać, odpowiadając Malavii.

– Proszę natychmiast ją znaleźć i nie rozdzielać się, jeszcze mi tego brakuje, żeby dwie najlepsze lekarki zniknęły ze statku. Już do was idę.

Ferrero popatrzył na Black Widow, wiedząc, co ta za chwile powie, ale nie miał wyjścia, musiał iść do ambulatorium sam.

– Kontynuujcie poszukiwania, potem zmieńcie się z ekipą Pierwszego i sprawdźcie kuchnię i kantynę.

To mówiąc, odbezpieczył pistolet maszynowy i ruszył w górę korytarzem.

– Kapitanie, nie powinien pan czasem iść z osobą towarzyszącą?

Benjamin zignorował zjadliwą uwagę Black Widow, wzruszając tylko ramionami.

Jego przeczucia okazały się słuszne. Ambulatorium było puste, doktor wraz ze swoją asystentką zniknęły. Jedynym dowodem na ich wcześniejszą obecność był leżący na podłodze tablet z wynikami badań pani Malavii.

Kapitan początkowo nie zwrócił uwagi na zawartość raportu zamieszczonego w otwartym dokumencie – zbyt zajęty był organizowaniem przeszukania w medycznym. Jednak po dwóch godzinach bezowocnych starań padł wyczerpany na ruchomy fotel przy biurku asystentki Moth i rzucił okiem z rezygnacją na ekran tabletu.

Początkowo nie wiedział nawet, na co patrzył: dwa zestawy danych, ustawione równolegle do siebie z wypunktowanymi na czerwono podkreśleniami. Dopiero po dłuższej chwili zrozumiał, że to porównanie dwóch kodów DNA, prawie jednakowych. Prawie. Ślina z ładowni pochodziła od innej istoty niż ta z komory silnika.

Dzień 18

Kapitan zlecił Pierwszemu i sanitariuszce Leonii, aby zbadali raz jeszcze kontener i ustalili, ile maksymalnie osób mogło być przez niego obsługiwanych. Najłatwiej było by zbadać wymazy z urządzenia i porównać kody DNA, jednak wśród plątaniny kabli i rur pokrytych biożelem i innymi świństwami wyodrębnienie jakiegokolwiek łańcucha graniczyło z cudem. Tym niemniej w kontenerze były cztery zestawy podtrzymywania życia, co mogło być wskazówką co do ilości przebywających w nim istot.

Tymczasem poszukiwania trwały dalej. Załoga podzieliła się na dwie zmieniające się co kilka godzin grupy, aby zagwarantować sobie choć trochę odpoczynku. Jednak już koło południa wszyscy zostali zaalarmowani przez zbieracza Petra, który spanikowany wołał o pomoc, unieruchomiony na dziobie statku.

Petr, Anzelm i Jorgina przeczesywali stanowisko obsługi uzbrojenia, gdy z szybu wentylacyjnego, biegnącego przez ścianę pod samym sufitem, wyszło coś i porwało pomocniczkę mechanika. Anzelm zdążył raz wystrzelić z pistoletu, gdy z przeciwległego szybu wyszedł intruz i rozciął go wpół. Ochlapany krwią Petr siedział w kucki na podłodze, w plamie własnego moczu, telepiąc się ze strachu i łkając jak małe dziecko.

Ferrero niczego więcej nie był w stanie dowiedzieć się od rozdygotanego zbieracza, niczego więcej też nie miał okazji się dowiedzieć, bo już po chwili interkom wypełnił się istnym chaosem. Z kilku miejsc na statku dochodziły paniczne meldunki o atakach na członków grup poszukiwawczych. Ale najbardziej przerażający pochodził z mostka, gdzie Druga z nawigatorem Rysiem zdołali tylko ostrzec, że coś tam weszło.

Zaraz potem statkiem zatrzęsło i szarpnęło porządnie, dając znak załodze, że właśnie uruchomiono silniki główne. Zasilanie oświetlenia zostało wyłączone, większość śluz przeciwpożarowych została zamknięta, odcinając w ten sposób większość ludzi od mostka. Nim ktokolwiek zdążył się tam dostać, Mantikora skoczyła w nadprzestrzeń w niewiadomym kierunku.

Dzień 18 (wieczór)

Bogli potrząsnął głową, strzepując z czoła lezącego po nim wielkiego wija. Wzrok karła nie wyostrzył się jeszcze zbyt dobrze, ale nawigator zauważał już kontury drzew, krzewów i czegoś kanciastego. Obiekt okazał się częścią Mantikory, wkomponowaną w jakiś przerdzewiały, otoczony zaroślami budynek. Dookoła walały się mniejsze szczątki wyposażenia statku oraz kilka zbiorników i kontenerów z jego ładowni. Bogli podniósł się z piaszczystego podłoża, patrząc w niebo pokryte niebieskawymi chmurami. Nie miał pojęcia, gdzie się znajdował, nie do końca wiedział też, co się stało. Miał jednak pewność, że gdzieś w okolicy powinien jego współtowarzysz z patrolu, zbieracz Bosse – żywy albo nie.

Po stwierdzeniu, że oprócz kilku siniaków i zadrapań nic złego mu się nie stało, Bogli ruszył w kierunku części wraku, szukając jakiegoś przydatnego sprzętu oraz swojego kompana. Po kilku krokach znalazł swój pistolet maszynowy, który miał w czasie patrolu przy sobie, oraz rozbity dozownik z batonami musli. Uśmiechnął się sam do siebie, bo gdyby trafił jeszcze na wodę, mógłby dzięki tym cudom przetrwać około tygodnia.

Nawigator przyglądnął się wrakowi. Jego krawędzie były osmalone, co wskazywało na to, iż statek został rozerwany przez eksplozje – co najmniej dwie. Mogło więc być tak, że poszczególne części wraku zostały rozrzucone na ogromnym obszarze. Bogli musiał znaleźć jakąś łączność. Jego osobisty komunikator był roztrzaskany i nie nadawał się do naprawy.

Nagle karzeł usłyszał szum silników grawitacyjnych. W pierwszej chwili pomyślał, że to nadciąga pomoc, ekipa ratunkowa lub straż pożarna, jednak koniec końców rzucił się w pobliskie krzaki i zamarł tam na chwilę, czekając na rozwój sytuacji.
Na zachmurzonym niebie pojawił się niebieski, dziwnie oznakowany, czterosilnikowy transporter, który zawisł na chwilę nad ziemią. Gdy tylko wysiadł z niego oddział kilku ludzi w szarych mundurach, pojazd odleciał za horyzont.

Tym czasem Bogli usłyszał dochodzący zza jego pleców charakterystyczny dźwięk, wylatującego pod dużym ciśnieniem powietrza. Nieopodal, rozbity i powyginany, oparty o wielki głaz leżał jeden z feralnych kontenerów podtrzymujących życie. Jego główny właz właśnie się otwierał, uwalniając z wnętrza ciemny kształt. Bogli odbezpieczył swój wielolufowy pistolet, szykując się na konfrontację.

***

Niespokojna ruszała nerwowo swoim opancerzonym ogonem w oczekiwaniu na sygnał od jednego z jej dzieci. Już od dłuższej chwili kryła się w szybach technicznych pod portem kosmicznym, niebezpiecznie blisko powierzchni. Z każdą chwilą dawała coraz wyraźniejsze świadectwo prawdziwości jej przydomku.

Jej niepokój dodatkowo potęgowały myśli o czekającej jej podróży. Wiedziała, że nadszedł już czas i musi to zrobić, bo jako trzecia i najmłodsza matka w stadzie była tylko źródłem kłopotów – musiała znaleźć własne miejsce na założenie kolonii. Mimo to młody wiek, brak doświadczenia w przewodzeniu kolonii i jej natura sprawiały, że zbliżająca się wielkimi krokami wędrówka ku samodzielności napawała ją lękiem.

Opamiętała się dopiero, gdy jej ochrona, bestia dzierżąca dwa wielkie wiertła górnicze, zareagowała instynktownie na wyemitowaną przez nią porcję feromonów strachu. Koszmar zaczął podnosić się z przykurczonej pozycji i warczeć wyzywająco, szukając wokół zagrożenia dla jego matki. Następna porcja feromonów i kilka smagnięć ogonem zdołały uspokoić jej przybocznego.

Jak się okazało, w samą porę. Wyczuła mieszankę feromonów jednego z jej partnerów, który przygotował dla niej drogę na statek i dał sygnał o bezpiecznym przejściu. Sycząc na Koszmar, aby podążał za nią, wprawiła w ruch swoje opasłe cielsko i potoczyła się serią korytarzy, podążając śladem wytyczonym dla niej przez jednego z jej Maligni, pełniącego obecnie również funkcję jej partnera.

W trakcie drogi na statek będący jej nieświadomym transportem poza tę planetę mijała wiele ze swoich dzieci, które ubezpieczały matkę i kombinacją pisków i wiadomości feromonowych upewniały ją o braku zagrożeń.

Coraz większe podniecenie ogarniało ją wraz z każdym ciężkim krokiem, ale jednocześnie niepokoiła się całkowitym powodzeniem operacji. Przez całą drogę ani razu żadne z jej dzieci nie zauważyło ludzkiego patrolu, nikt nie kazał jej zatrzymać się w ciszy. Pomimo niewątpliwego uczucia ulgi towarzyszył jej też niepokój – miała nadzieję, że Maligni dobrze wybrali statek. Zaczynały gnębić ją myśli o katastrofalnych decyzjach dzieci, które zaprowadzą ją do jakiegoś opuszczonego wraku, niewartego nawet pilnowania go.

Jednakże mimo czarnych myśli Niespokojna dotarła bezpiecznie do wyjścia z szybu technicznego, gdzie czekały na nią dzieci. Obdarzając je mieszanką feromonów zadowolenia, machnęła opancerzoną łapą w stronę wyjścia, które natychmiast zostało otwarte. Gramoląc się nieporadnie i korzystając z pomocy umięśnionego ochroniarza, zdołała jakoś dostać się do wnętrza pojazdu. Natychmiast ruszyła do wybranego wcześniej miejsca na tymczasowe gniazdo, podążając śladem zapachu pozostawionego przez potomków. Tuż za nią na pokład zaczęli stałym strumieniem wdzierać się jej podopieczni.

Będąc już w połowie drogi, Niespokojna zatrzymała się raptownie, gdy jakiś szósty zmysł ostrzegł ją przed niebezpieczeństwem. Donośny pisk i burza feromonów wywołały zamieszanie wśród jej dzieci, które te ruszyły chronić swoją matkę. Niespokojna usłyszała z oddali dźwięk zamykających się włazów statku, a pod stopami wyczuła wibracje budzących się do życia silników. Po chwili szarpnięcie niemalże zwaliło ją z nóg, gdy statek wystartował.

Wszystkie towarzyszące jej dzieci utworzyły ochronny kordon wokół niej, czekając na nadciągających wrogów. Okazało się, że niebezpieczeństwo nie nadeszło korytarzami statku, lecz z sufitu – na całym statku aktywowały się systemy gaśnicze, które jednak nie dostarczyły wody, lecz dziwny gaz. Jego zapach sugerował niebezpieczeństwo każdemu z dzieci, a w szczególności jej Maligni, które nie potrafiły zidentyfikować składowych mieszanki. Pomimo naturalnej odporności wszyscy podopieczni zaczęli padać bez czucia na zimną stal pokładu. Niespokojna pozostała przytomna jeszcze na tyle długo, by zobaczyć zbliżające się postaci w maskach gazowych. Później była już tylko ciemność.

 

Dodaj komentarz

Prosimy o zachowanie kultury. Wulgarne komentarze będą usuwane.


Kod antyspamowy
Odśwież

2009 - 2017, The Node.pl Stopka redakcyjna, Disclaimer
Template designed by Globberstthemes