logotype

Nadchodzące imprezy

Dla organizatorów

Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

Relacja z turnieju Animy na Bazylu

Tytułem wstępu muszę przyznać, iż na turniej jechałem pełen nadziei na coś podobnego do pierwszego takiego eventu, który prawie rok temu miał miejsce w Krakowie. Tym razem jednak frekwencja nie dopisała tak, jak ostatnio, i turniej odbył się w bardziej kameralnej atmosferze. Cóż, nie tym, to następnym razem... Mimo lekkiego rozczarowania na początku, muszę jednak przyznać, że bawiłem się świetnie. Ale po kolei...

Turniej składał się z trzech gier, po 300 punktów na stronę, przy czym dwie pierwsze graliśmy wedle wziętych z podręcznika scenariuszy (które nawiasem mówiąc średnio pomagały mojej wesołej bandzie), zaś ostatni był klasyczną "wyżynką". Na szczęście mimo niskiej frekwencji armie biorące udział okazały się odpowiednio zróżnicowane, więc udało mi się nie grać dwa razy z tą samą organizacją, nie mówiąc już o tzw. mirror matchach.

Na turniej zabrałem się ze swoja bandą Samaela w składzie:
Ophiel (z supernatural weaponem),
Chesire,
Konosuke (z nullum luseckiem),
Janiel,
Bael,
Aoi (wszystkie panie posiadały transfer rody).

Banda była to taka sobie, głównie z powodu przerostu wsparcia magicznego, zaś jej głównym mykiem był ładowany z transferu rodów Ophiel.

Pierwsza bitwa (vs Wissenchaft) zakończyła się dla mnie cieniutko, mimo początkowej dobrej passy. Co prawda już w pierwszej turze dzięki niedopatrzeniu mojego przeciwnika zdjąłem ze stołu XII, jednak późniejszy shootout, w który wdałem się z resztą wrogiej bandy, nie poszedł mi za dobrze (kilka błędów, a przy tym kości stwierdziły, że dość tego dobrego jak na jedną grę, i zawalałem jeden kluczowy rzut za drugim). Ostatecznie dostałem solidnego łupnia i tyle. Dla pełniejszego przekazu dodam tylko, że scenariusz, który graliśmy, był klasycznym przypadkiem „domination”, czyli chodziło o kontrolę punktu na środku stołu przez jak najdłuższy okres czasu.

Na szczęście podczas drugiej gry udało mi się zdecydowanie odrobić zaległości. Grałem przeciw Churchowi, co oczywiście samo w sobie znakiem łatwej gry nie jest, jednak mój przeciwnik okazał się być bardzo początkującym graczem, a przede wszystkim miał, jak się wydaje, zerowe pojęcie o tym, jak też moja rozpiska działała. Tak więc stół w okolicach 3 tury był juz praktycznie pozamiatany. Miałbym pewnie i maksymalną możliwą ilość punktów z tej gry, jednakże scenariusz był jakimś dziwnym wyścigiem do strefy rozstawu przeciwnika i nie wszystko udało mi się wrzucić tam do końca ostatniej tury. Na koniec mogę tylko powiedzieć, że mimo widocznego braku ogrania, mój przeciwnik okazał się bardzo fajnym gościem i mogę mu tylko życzyć wielu zwycięstw w przyszłości.

Trzecia gra była właściwie najlepszym, co mnie spotkało na tym turnieju. Grałem przeciw Empire, dość klasycznie zbudowanemu z resztą, a scenariusza tym razem nie było - znaczy chodziło o to, by się jak najbardziej krwawo rozprawić z wrażą bandą, czego też obaj dokonaliśmy. Zaczęło się ostrzałem z mojej strony już od pierwszej tury, ten jednak poza naruszeniem przeciwnikowi kilku gości nie zrobił przewidywanego wrażenia. W tym czasie powolne czołgi w płytówkach spokojnym krokiem, nie śpiesząc się za nadto, szły w moim generalnym kierunku.

Następnie nawiązała się pierwsza walka wręcz pomiędzy Konosuke i Black Lionem, która skończyła się zgonem lewka i solidnym poobijaniem konusa (na szczęście zdawał wszystkie testy na dooma). Niedługo jednak i konus dołączył do strat, eksplodując przy okazji prosto w twarz Claire, którą, o ile dobrze pamiętam, zostawił na całych trzech punktach życia. Sytuacja zaczęła się jednak robić dla mnie lekko napięta, bo w końcu zdyszani, ale dobiegli do mojej pozycji na górce Griever i Odin. Ten drugi zwłaszcza okazał się być wyjątkową zadrą w d…alszych rejonach ciała, ponieważ jak miałem wrażenie, cokolwiek bym w niego nie rzucił, bydlak jakoś nie chciał zdychać, nawet pomimo ostrzału połowy moich sił i desperackiej szarży Czesława. W dodatku w tej samej turze w siedzącego sobie wygodnie na szczycie Ophiela wbiła się Claire (na szczęście bez większych konsekwencji). Wyglądało na to, że i tę grę już wtopiłem.

Tak się jednak nie stało i już od początku następnej tury sytuacja wykonała obrót o 180 stopni, a to dzięki Ophielowi od niechcenia bijącemu Claire, a następnie ostatnim strzałem zjadającemu Odina. Cóż, było o wiele lepiej, tym niemniej Chesire przypłacił to żywotem, próbując trzymać Grievera jeszcze tę turę w miejscu, zaś Ophiel z braku punktów na unik dostał celnym strzałem z łuku Danielli. Mimo wszystko jednak straty utrzymywały się w granicach normy. Następna (i w zasadzie już ostatnia) tura to Ophiel wbijający się w Grievera i mordujący go celnym Godless Wordem tylko po to, by chwilę potem samemu zginąć, ustrzelony z łuku (znów, brak punktów na unik). Po tejże jatce obu nam zostały po dwa modele wsparcia i zgodziliśmy się na tym zakończyć, zaś po zliczeniu punktów wyszło na moje, choć bardzo minimalnie.

All in all grało się super, mam tylko nadzieję, że następnym razem frekwencja dopisze nieco bardziej. Willu out!

 

Dodaj komentarz

Prosimy o zachowanie kultury. Wulgarne komentarze będą usuwane.


Kod antyspamowy
Odśwież

2009 - 2017, The Node.pl Stopka redakcyjna, Disclaimer
Template designed by Globberstthemes