logotype

MalifauX - recenzja systemu

Witam! W poniższym artykule chciałbym przedstawić Wam pewną młodziutką grę, która bardzo niedawno dotarła także na rodzimy rynek. Mowa o pierwszym systemie Wyrda, firmy do tej pory zajmującej się tylko produkcją modeli, czyli o Malifauxie.

 

 

Pierwszy rzut oka

Malifaux, a cóż to za dziwne zwierzę? Gra jest bitewniakiem w skali 30mm (czy też, jak chcą twórcy, 32), traktującym o potyczkach pomiędzy niewielkimi bandami (przeciętnie 5-10 modeli na stronę), zwanymi tutaj „załogami”. Rozgrywa się ona w autorskim settingu bedącym w skrócie takim połączeniem Deadlandów oraz Helldorado (o samym świecie gry jednak potem się rozpiszę), zaś z pośród tony innych gier w tej skali wyróżniają go bardzo odważnie napisane zasady.  W Malifaux bowiem nie używa się żadnych kości.

Zasady - czyli jak dokonać rewolucji

Tak, zgadza się, dobrze przeczytaliście, system ten nie polega na rzutach kostką, zamiast nich będziemy tym razem używać talii kart! Miast więc rzucać za każdym razem, kiedy przyjdzie sprawdzić, czy trafiliśmy model przeciwnika i co też na to jego obrona, obaj gracze ciągną po jednej losowej karcie z wierzchu należącej do nich talii, po czym na podstawie wyciągnietych kart sprawdzają, jak dana akcja się powiodła. Rozwiązanie takie samo w sobie już zmniejsza losowosć rozgrywki, wszak w każdej talii mamy tylko po cztery karty o takiej samej wartości, na tym się jednak nie kończy… Niczym w prawdziwej grze karcianej, każdy z graczy posiada też różną ilosć kart „na ręce”, którymi to może zastępować co mniej udane wyniki. Zwie się ta mechanika w grze (całkiem trafnie, nie powiem) „oszukiwaniem losu”.

Co jednak prezentuje sobą system, poza owym nowum? Cóż, poza „karcianą” mechaniką dostajemy w nasze ręce bardzo sympatyczny, a zarazem bedący na czasie system. Jest naprzemienna aktywacja modeli, jest ujednolicona mechanika wydawania punktów akcji na wszelkie działania, jakich się nasz model zechce podjąć, jest też wreszcie walka oparta na przeciwstawnych akcjach obu graczy.

Statystyki naszych podopiecznych możemy w każdej chwili sprawdzać na dodanych do modeli kartach, tych zaś łącznie z umiejętnosciami, czarami i warunkowo wyzwalanymi efektami zwanymi „triggerami” jest w Malifauxie zazwyczaj tyle, że już na pierwszy rzut oka mogą przyprawić o zawrót głowy! Serio, jest tego tyle, że przód i rewers karty tym razem nie wystarczyły i każda karta rozkłada się do środka. Fajny bajer, dopóki nie zaczniecie myśleć o wkładaniu ich w koszulki.

Kończąc mój wywód o zasadach, powiem jeszcze tylko, że gra zdaje się bardzo „taktyczna”. Tu nie ma miejsca na „się zobaczy” czy „jakoś to będzie”. Już od momentu składania swojej załogi trzeba wiedzieć, po co dokładnie bierzemy dany model i co też za jego pośrednictwem zamierzamy osiągnąć. Tym bardziej, iż gra skupia się na misjach, których wykonanie (lub też zawalenie) jest jedynym czynnikiem decydującym o naszym zwycięstwie bądź porażce.

Fluff - co też piszczy w piekle?

Jaka to historia stoi za naszymi zmaganiami tym razem? Otóż wcale nie najgorsza... Opowiada ona o alternatywnej rzeczywistości, w której magia jest rzeczą jak najbardziej naturalną i powszechną, niczym nie przymierzając ciągnące się buły w pobliskim spożywczym. Taki oto świat, w okresie będącym odpowiednikiem naszego XIX stulecia, dotyka globalny kryzys magiczny, który grozi zawaleniem się podstaw dźwigajacych całą cywilizację.

Wszystko zmienia się, kiedy poszukujący alternatywnych źródeł mocy magowie otwierają przejście między naszym światem, a miejscem zwanym Malifaux. Owa okolica, jak się okazuje, wydaje się wprost tonąć w magicznej energii, a ponadto na jej terenie znaleźć można kamienie będące w zasadzie skrystalizowaną esencją magii. Nie są to jednak dziewicze i niezamieszkane tereny, o bynajmniej! Sporą część znanego obszaru Malifaux stanowi bowiem zagadkowe, na poły zrujnowane, częściowo zaś odbudowane i zamieszkane przez nowych odkrywców miasto, w dodatku najwyraźniej zbudowane niegdyś przez ludzi lub istoty bardzo im podobne.

Nie jest to także kraina zupełnie wymarła, można tu bowiem natrafić zarówno na różne na poły mitologiczne stworzenia, jak i autochtonów, zwanych przez ludzi Nienarodzonymi. Ci powyźsi nie należą, jak możnaby się spodziewać po nazwie, do gatunku tych przemiłych dzikusów, którzy za garść paciorków fikają koziołki, lecz raczej takich, co to rozkoszują się smakiem pieczonej ludziny w ramach wczesnej kolacji... A, zapomniałbym, nie znoszą także, kiedy ktoś wchodzi im z buciorami do ich piaskownicy, zaś że to właśnie zrobili ludzcy odkrywcy, to cóż, konflikt jest nieunikniony. Wspomnę jeszcze do tego o buntowniczej grupie magów, pragnących wydostać się spod kontroli totalitarnej organizacji rządzącej wszystkim i wszystkimi w Malifaux, oraz luźnym związku nekromantów, nieustannie poszukujących co mroczniejszych sekretów, w tej okolicy jak się wydaje leżących za byle krzakiem, i jak widzicie mamy całkiem wciągającą historię. ;)

Modele - to, co lubimy najbardziej

Na tym póki co zakończę, o figsach pisać nie będę, wszak jedno zdjęcie więcej Wam o nich powie niż strona tekstu, warto zaś tylko wspomnieć, że póki co wszystkie, które widziałem, były bardzo solidnie odlane. Zdjęcia w tym artykule przedstawiają po trzy modele z każdej z dostępnych frakcji.

Neverborn:

Resurrectionists:

The Guild:

Arcanists:

Outcasts:

PS Dajcie znać, jeśli chcielibyście jeszcze w tym miesiącu coś przeczytać o Malifauxie!

Dodaj komentarz

Prosimy o zachowanie kultury. Wulgarne komentarze będą usuwane.


Kod antyspamowy
Odśwież

2009–2018, TheNode.pl Disclaimer
Template designed by Globberstthemes