logotype

Nadchodzące imprezy

Dla organizatorów

Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

Majówkowe pole bitwy - Duma umiera ostatnia

Dziś prezentujemy trzeci raport nadesłany na konkurs Majówkowe Pole Bitwy. Ponownie przeniesiemy się w świat Warhammera Fantasy Battles i ponownie ujrzymy w boju Wysokie Elfy, lecz tym razem w egzotycznym otoczeniu i naprzeciw znacznie groźniejszego wroga.

---

Białe, smukłe okręty Elfów Wysokiego Rodu przybiły do brzegów Arabii zaledwie dwa dni temu, lecz załoga dawno już zeszła na ląd. Błękitne maszty łopotały na wietrze, dumnie eksponując złoto-czerwoną różę wiatrów. Skrzypienie lin i szum morza niemal zagłuszały zwyczajne odgłosy wyładunku. Oficerowie nawoływali żołnierzy, parskały konie z królestwa Ellyrionu, które miały powieźć zapas prowiantu i wody pitnej daleko w głąb opuszczonej przez żywych pustyni.

- Będziemy czekać przez dwadzieścia jeden dni - zapowiedział wcześniej Ialaerin, admirał floty Białej Przystani. - Jeśli nie wrócicie do tego czasu, podnosimy kotwicę i raportujemy wasze zaginięcie Królowi Feniksowi. Jeśli wrócilibyście, a okrętów nie byłoby już u brzegu, czy przed, czy po upływie tego czasu, skierujcie się na zachód wzdłuż brzegu morza. Znajdziemy was.

Jakiś czas wcześniej siatka szpiegowska Alith Anara, księcia wojowników cienia, zdołała dowiedzieć się o ekspedycji Mrocznych Elfów, która na starożytnych pustyniach Khemri szukać miała starożytnych skarbów. W kilka dni podjęto decyzję o zawiadomieniu patrolujących brzegi Starego Świata połączonych sił królestw Chrace i Saphery i nakazano podjąć wszelkie kroki w celu udaremnienia planu upadłych kuzynów, jakikolwiek by on był.

Założono przyczółek, wysłano zwiad i sformowano kolumny. Dwa regimenty Białych Lwów, elitarnych elfickich toporników, miały osłaniać najbardziej niszczycielską broń, którą dysponowali Elfowie - arcymaga i jego dwóch, wciąż pobierających nauki, adeptów. Duży oddział włóczników, niemal tak liczny jak obydwa regimenty ciężkiej piechoty zestawione razem, osłaniał pochód stanowiąc straż przednią kolumny. Ariergardę trzymały dwa małe czworoboki łuczników, wśród których kroczył dzierżący Sztandar Armii Alirion, stary szlachcic, weteran wielu bitew.

Kolumna posuwała się naprzód szybko i już po upływie godziny stracili z oczu morze i błyszczące w południowym słońcu okręty. Wzbijany setkami obutych stóp kurz drażnił delikatne elfie oczy żołnierzy i powodował suchy kaszel. Alirion miał świadomość, że w tej pustynnej krainie umarłych będzie już tylko coraz goręcej i coraz trudniej. Nie był przekonany o celowości wyprawy, w której brał udział, ale był urodzonym żołnierzem, a to oznaczało lojalność. Nawet wobec tych, których uważał w głębi serca za niegodnych pokładanemu w nich zaufaniu.

- Ta ekspedycja jest pozbawiona sensu - oznajmił kiedyś Arcymagowi Valiaraenowi, zapytany o zdanie. - Szanuję księcia Alith Anara i naszych szlachetnych dowódców, ale decyzja o poprowadzeniu ataku na Mroczne Elfy została wydana pochopnie. Nie przybijajmy do brzegu Krain Umarłych.

- Zapominasz się, Alirionie - odparł Arcymag. - Wykonasz rozkaz, nawet kiedy go nie pojmujesz.

- Wykonam - skłonił się szlachcic, starając się, żeby ten gest nie wyglądał jak podszyty szyderstwem. - Wykonam, ale uważam, że jest błędny. Nie wiemy nawet, ilu jest wrogów, znamy tylko ich przybliżone położenie. Jeśli zostaniemy zaskoczeni…

Arcymag roześmiał się. Ten dźwięk, suchy i nieprzyjemny, obudził gniew w sercu Aliriona, lecz elf bardzo starał się tego po sobie nie poznać. W gruncie rzeczy nie miał żadnych podstaw, żeby uważać Valiaraena za niekompetentnego dowódcę. Być może irytowała go jego arogancja, ale magowie mają przecież prawo być dumni. Nie wiedział, co o tym myśleć.

- Ty się boisz, Alirionie - śmiał się Arcymag, a dwóch jego uczniów zawtórowało mistrzowi, choć wcale nie wyglądali na rozbawionych. - Nie martw się, moja moc cię ochroni. Potęga Domeny Cienia strąci naszych wrogów w otchłań, z której nie ma powrotu. Nie będziesz musiał nawet dotykać broni.

Alirionowi pozostało tylko przytaknąć. Nadal nie był przekonany o skuteczności tej wyprawy, lecz poczucie obowiązku nie pozwoliło mu dalej sprzeczać się z przełożonym. Pozdrowił magów elfickim salutem i wyszedł, żeby przemyśleć sprawę w samotności swojej kajuty.

W ten sposób trafił do straży tylnej pochodu, co w oczywisty sposób miało stanowić przytyk do jego domniemanego tchórzostwa.

- Obejmiesz, Alirionie, tylną straż naszego pochodu - oznajmił mu w dzień wymarszu Arcymag Valiaraen. - To zaszczytna funkcja i powinieneś być z niej dumny. - Ton głosu, jakim to powiedział wyraźnie sugerował, że w istocie powinno być zupełnie odwrotnie.

Alirion poczerwieniał ze złości, ale nie mógł sprzeciwić się dowódcy na oczach podkomendnych. Z pokorą skinął głową i potwierdził krótkim, wypranym z wszelkiego szacunku:

- Tak, Panie.

Mistrz magii wydawał się zawiedziony tym, że sztandarowy nie próbuje z nim dyskutować. Być może stracił okazję do wbicia mu jeszcze kilku szpil. "Nie wolno ci tak myśleć", upomniał sam siebie Alirion, "w ogniu bitwy nie ma miejsca na konflikty i personalne zatargi."

Maszerował więc ramię w ramię z szeregami łuczników, starając się wyglądać dumnie, lecz w głębi serca, jak nienasycony czerw, toczyło go zwątpienie.

* * *

Siódmego dnia marszu znaleźli pierwszy ślad obecności Mrocznych Elfów. Ogryziony do czystych kości szkielet włócznika, wciąż tkwiący w swym pancerzu, odkryli zwiadowcy na szybkich koniach przeczesujący pustynię przed i wokół maszerującej kolumny. Arcymag Valiaraen triumfował.

- Widzisz, Alirionie? - pytał raz po raz, oglądając ze wszystkich stron trupa. - Nie wierzyłeś, kiedy mówiłem ci, że potrafię wyczuć ich trop. Teraz nawet ty, najmniej zaangażowany w tę ekspedycję ze wszystkich moich żołnierzy, musisz przyznać, że ma ona sens.

Alirion skinął niechętnie głową. Jakoś udało mu się przełknąć "najmniej zaangażowanego", ale wiedział, że jego honor może nie znieść już więcej obelg. Na szczęście Arcymag był tak podekscytowany znaleziskiem, że przestał zwracać na niego uwagę.

- Jak on zginął? - zapytał Valiaraen jednego ze zwiadowców. - Znaleźliście go w takim stanie?

Trup był przepołowiony na wysokości talii. Okrutny cios rozszarpał całkowicie lekką zbroję włócznika i z przerażającą siłą skruszył kości kręgosłupa. Alirion nigdy nie widział takich obrażeń.

- Wygląda na przegryzionego... - zaczął ostrożnie zwiadowca. Sztandarowy nadstawił wydłużonych uszu. W tym krótkim raporcie czaiło się znacznie więcej niż można było usłyszeć w pierwszej chwili.

- Ale? - zapytał zniecierpliwiony przedłużającym się milczeniem.

- Ale to musiałaby być szczęka tak duża, żeby cały się w niej zmieścił, albo w ogóle nie była szczęką - dokończył zwiadowca. Nie zabrzmiało to dobrze.

- Czy w Nehekharze żyją smoki? - rzucił ktoś spoza kręgu rozmówców.

- Nie bądź głupi - parsknął Arcymag, wyraźnie zdenerwowany faktem, że zwiad nie wyciągnął żadnych racjonalnych wniosków. - Smoki śpią na Ulthuanie. W Starym Świecie nigdy ich nie było. Nie ma się czego obawiać. Pewnie zarżnął go któryś z jego szalonych kuzynów. Oni używają kolczastych broni, które zostawiają rany jak ugryzienia.

Nikt już się nie odezwał.

"To także nasi kuzyni", pomyślał Alirion, ale nie powiedział tego głośno, "nie powinniśmy o tym zapomnieć."

* * *

W ciągu następnych dwóch dni znaleźli tyle ciał, że Alirion zaczął wątpić, że dojdzie do jakiejkolwiek bitwy. Trupy w czarnych pancerzach tkwiły na plecach i brzuchach, zagrzebane do połowy w piasku lub rozwleczone po kamienistej pustyni. Wojownicy Mrocznych Elfów zginęli od cięć i ciosów, turkusowopiórych strzał oraz przerażających ugryzień, które zdawały się w ułamku sekundy dekapitować nawet najlepiej opancerzonego żołnierza.

Coś przerażającego czaiło się pośród piasków Nehekhary i Alirion dopiero teraz zaczął odczuwać strach. Spalona południowym słońcem pustynia potrafiła bronić swoich tajemnic i najwyraźniej oprócz koszmarnego gorąca, złudnych miraży i braku wody miała jeszcze innych strażników.

Strażników, na których natknęli się następnego poranka.

Alirion maszerujący w ariergardzie najpierw dostrzegł poruszenie wśród straży przedniej, a potem łańcuch rozkazów dotarł i do niego. Natychmiast pospieszył na czoło kolumny i już po kilkudziesięciu minutach dogonił Arcymaga Valiaraena oraz jego świtę.

- Co się dzieje? - zapytał. - Dlaczego stanęliśmy?

Valiaraen tylko skinął dłonią w kierunku odległych wydm. Z piaszczystego wzgórza, na którym stali, rozciągał się widok na nasłonecznioną równinę poniżej. Drgające z upału powietrze utrudniałoby dostrzeżenie rozproszonych niedobitków nieprzyjaciela, ale to nie Mroczne Elfy zagradzały im drogę. Szeregi lśniących złotem rydwanów oraz karne ordynki nieumarłych łuczników ustawiły się po przeciwległej stronie pola. Szkieletowi woźnicy smagali batami szkieletowe konie, przywołując do porządku martwe od wielu wieków wierzchowce. Pomiędzy siłami Elfów Wysokiego Rodu rozstawionych na wzgórzach, a armią umarłych wznosiła się niewielka świątynia strzeżona przez dwie olbrzymie statuy ze skrzydłami, przedstawiające nieznane elfom mityczne stworzenia.

Alirion obejrzał się przez ramię i stwierdził, że ich wojsko formuje się w szyki.

- Chcesz im wydać bitwę? - spojrzał z niedowierzaniem na Valiaraena. - Po co? To nie ma sensu. Oni strzegą tej świątyni. Możemy ją obejść. Możemy stracić ludzi.

- To nieumarli. Zniszczenie ich to słuszna rzecz, niezależnie od okoliczności. Zresztą obchodzenie ich szyków może spowodować, że zgubimy trop Mrocznych Elfów, i naraża nas na niebezpieczeństwo.

- Naraża na niebezpieczeństwo?! - Alirion nie zauważył, kiedy zaczął krzyczeć. - Przecież chcesz nas popchnąć do bitwy! Bitwa nie naraża nas na niebezpieczeństwo?!

- Nie masz pojęcia o strategii, żołnierzu. I radzę nie podnosić na mnie głosu. Póki ja dowodzę tą ekspedycją będziesz robił to, co ja ci rozkażę, a nie odwrotnie. Czy jest to zrozumiałe?

- Pozwól mi chociaż paktować z nimi - poprosił szlachcic z desperacją w oczach. - To nie zawsze byli nieumarli. Kiedyś to było dumne królestwo ludzi. Piękne. Piękniejsze niż te, które są teraz. Wiele wycierpieli przez Mrocznych! Na pewno nie darzą ich miłością. Przecież musisz zdawać sobie sprawę z tego, że te wszystkie mijane przez nas ciała o ich dzieło. Nie są naszymi wrogami. Żaden z twoich ludzi nie musi tu ginąć!

- I żaden nie zginie - parsknął Arcymag Valiaraen, a w jego głosie zabrzmiała nieskrywana pogarda. - To tylko garstka żywych trupów. Jest ich mniej niż nas i nie stanowią dla nas żadnego wyzwania.

Alirion Nolofinwe, sztandarowy ekspedycji wskazał za siebie i rzekł:

- Dla nich stanowili.

Było jasne, że mówi o dziesiątkach pomordowanych elfów w czarnych zbrojach.

- To były Mroczne Elfy.

- Nie jesteśmy od nich lepsi! - krzyknął szlachcic, czując jak puszczają mu nerwy. Nigdy nie miał cierpliwości dla głupoty.

Otaczająca ich grupa oficerów zaszeptała ze zgrozą. Wszędzie wokół widział zszokowane, pobladłe twarze.

- To zdrada… - szepnął Arcymag. Na policzkach płonął mu niezdrowy rumieniec. - Odpowiesz za to. Jesteś chory ze strachu. Nigdy nie powinieneś był zostawać żołnierzem. Nie nadajesz się.

- Ty jesteś chory. - Głos Aliriona trząsł się ze złości. - Jesteś chory na dumę i pychę, która zasłania ci oczy.

Jakaś dłoń opadła mu na ramię. Któryś z wyższych oficerów odciągnął go o krok do tyłu.

- Już wystarczy - powiedział. - Musisz wykonywać rozkazy, Panie. Dowodzący Arcymag Valiaraen prosi, żebyś zajął miejsce wśród włóczników i poprowadził ich do boju. Proszę nie sprzeciwiać się dłużej.

Sztandarowy zrezygnował z dalszej dyskusji. Była bezcelowa. W ciągu pół godziny armia zreorganizowała się i rozwinęła szyki na wzgórzu. Zagrały rogi, czystym, mocnym głosem i rozpoczęła się bitwa.

* * *

Ze swojej pozycji szeregach włóczników Alirion miał znakomity ogląd na pole bitwy. Na najbardziej wysuniętej na prawą flankę pozycji stał jeden z regimentów łuczników, zakładających właśnie cięciwy na długie łuki. Nieco bliżej centrum sił znajdowały się Białe Lwy. Z ich ramion opadały wspaniałe, białe peleryny z futra zabitych lwów, chroniące przed strzałami. Teraz musiały nagrzewać się niemiłosiernie. Sztandarowy był jednak zbyt daleko, by dostrzec zalane potem twarze toporników. W samym środku, na jednym ze wzgórz znajdował się najeżony włóczniami regiment, który miał poprowadzić do boju. Był tak wielki, że zajmował znaczną część wzgórza i jaśniał w blasku khemrijskiego słońca niczym las srebrnej trzciny. Nieco dalej miejsce zajął drugi oddział Białych Lwów, stanowiący osobistą gwardię Arcymaga Valiaraena. Mistrz magii i jego dwóch uczniów, skryci w ich szeregach, przygotowywali już inkantacje. Szyk zamykał na lewej flance drugi czworobok łuczników, ten w którym Alirion spędził ostatni tydzień wyczerpującego marszu.

Nieumarli rozwinęli rydwany w długie linie. Elficki wzrok szlachcica wyłowił z ich szyku dowódców. Książęta i namiestnicy dawno zapomnianych królestw pogrzebanych tysiące lat temu raz jeszcze prowadzili swoich poddanych. Trzy lśniące złotem i bielą kości linie rydwanów i trzech potężnych wojowników rozstawiło się naprzeciw ich sił. Pierwszy oddział zajął pozycję do przewidywanej szarży na Arcymaga Valiaraena i jego Białe Lwy, drugi jechał wyraźnie w kierunku jego własnej pozycji, a trzeci powoli zmierzał ku zajmującemu prawą flankę regimentowi toporników. Pomiędzy nimi noga za nogą wlekły się szkielety wyposażone w łuki, a wśród nich istota wyglądająca na kapłana. Widok kogoś takiego przeszył Aliriona dreszczem. Nie wiedział, jaką mocą może dysponować nieumarły mag, ale miał nadzieję, że Valiaraen poradzi sobie z nim bez trudności. Daleko w tyle, poza szykami umarłych, majaczyło coś, czego Elfowie Wysokiego Rodu jeszcze nigdy nie widzieli. Niepokojący ołtarz, ociekający złotem, turkusami i przerażająco wyglądającymi inskrypcjami chroniło trzech gwardzistów, z których jeden nachylał się właśnie nad pokrywą. Nieznanego dopełniały gigantyczne statuy skrzydlatych bestii, które - Alirion mógłby przysiąc - niedawno znajdowały się w zupełnie innym miejscu.

To elfowie zaczęli bitwę. Z obydwóch krańców symetrycznego szyku sypnęły strzały, nieszkodliwie wbijając się w burty rydwanów, lub utykając pomiędzy żebrami szkieletowych rumaków. Zaraz po tym Arcymag i dwóch jego uczniów wykrzyczało unisono zaklęcie. Alirion poczuł jak skóra pokrywa mu się gęsią skórką. Przerażająca otchłań cieni otworzyła się tuż przed szykami zmierzających w kierunku Valiaraena rydwanów. Nieumarły książę dowodzący tą formacją zdążył jednak powstrzymać poddanych przed upadkiem w ciemność. Po chwili otchłań zamknęła się, nie czyniąc nikomu szkody, a rydwany ruszyły ostrożnie dalej.

"To by było na tyle", pomyślał z przekąsem Alirion, "jeśli chodzi o zniszczenie nieumarłych twoją potężną magią, panie. Lepiej, żeby twoi żołnierze walczyli lepiej, niż ty czarujesz."

Umarli byli coraz bliżej i bliżej. Ich krótkie łuki nie mogły jednak wyrządzić krzywdy opancerzonym elfom. Ostrzał okazał się obopólnie nieskuteczny i Alirion poczuł tchnienie nadziei. W walce wręcz elfowie byli niedoścignionymi mistrzami. Nie było na świecie istot tak szybkich i pełnych zabójczej gracji jak oni. Nie wyobrażał sobie, by jakikolwiek oddział z armii Valiaraena mógł przegrać w walce wręcz z nieumarłymi strażnikami nekropolii.

Wtedy jednak olbrzymie kamienne statuy wyraźnie poruszyły się i rozkładając skrzydła wzbiły się do lotu. Żołnierze otaczający sztandarowego armii zaszeptali z przejęcia. Szyk zafalował wyraźnie. Jedni cofnęli się, drudzy wychylali, żeby zobaczyć, co się dzieje.

- Do szeregów! - zawołał Alirion, nie mogąc odwrócić wzroku od szybujących ku nim olbrzymich kamiennych posągów. Zabrakło mu słów, żeby opisać jak bardzo bezużyteczne mogły okazać się ich włócznie i miecze w starciu z ożywionymi monolitami wielkości małego domu.

- Poślijcie wieść do dowódcy - rozkazał. - Powiedzcie mu, że nie zatrzymamy tego sami.

Po chwili jego uwagę zwrócił nieumarły kapłan, który wspierając się na kunsztownie rzeźbionej lasce wyciągnął dłoń w kierunku ich szyków. Alirion nie słyszał inkantacji, ale poczuł jak ziemia drży pod jego nogami.

Krzyki łuczników dotarły do niego sekundy później. Zamykający prawą flankę oddział skotłował się. Żołnierze, porzuciwszy broń, z zapamiętaniem tłukli po sobie pięściami i deptali piasek. Niezliczone hordy pustynnego robactwa oblazły ich całych. Okryci tylko lekkimi szatami nie mieli szans w starciu z wrogiem, którego nie sposób ugodzić strzałą, ani przeszyć mieczem. Ich wrzaski budziły dreszcze. Białe Lwy zajmujący pozycję pomiędzy zaatakowanymi łucznikami, a szykiem Aliriona zmienili formację, żeby dopasować ją do nowego zagrożenia.

Rydwany podjechały z turkotem i rozdzieliły się, żeby okrążyć budynek. Jeden oddział objechał go z prawej strony, kierując się w stronę wyjącej ze zgrozy grupki przerażonych elfów, która niegdyś była dumnym regimentem łuczników. Pozostałe dwa skierowały się w stronę gwardii Arcymaga i włóczników w centrum.

Nie minęło wiele czasu, gdy okrzyki przerażenia rozległy się i na lewej flance elfickich wojsk. Zajmujący ją drugi oddział strzelców przetrwał tylko chwilę. Alirion zdążył zobaczyć, jak spod ziemi wyłaniają się wzbijające fontanny piasku skorpiony wielkości powozu, a potem jak z tumanów kurzu wybiegają zakrwawione jednostki, ściskając w rękach bezużyteczne łuki. Wszyscy zostali doścignięci i wyrżnięto ich bez litości. Monstrualne szczypce rozcinały na pół uciekających, a ociekające palącym jadem segmentowe ogony uderzały z prędkością, która umykała nawet bystrym oczom elfa.

Rozkaz dotarł do niego tuż przed tym, zanim na szyki strwożonych włóczników padł cień gigantycznych posągów.

- Dowodzący arcymag rozkazuje ci natychmiast udać się do niego - krzyknął posłaniec i spojrzał ze zgrozą na zbliżającą się śmierć.

Alirion nie namyślał się ani sekundy. Bezzwłocznie opuścił już i tak chwiejące się szeregi żołnierzy i pospieszył w kierunku gwardii Valiaraena. Zanim jednak zdołał tam dotrzeć, stało się coś niewyobrażalnego. Kolejne zaklęcie, które zmiażdżyć miało zbliżających się bezustannie nieumarłych, implodowało mistrzowi magii w ustach. Ranny złapał się za twarz i nieoczekiwanie dla samego siebie stracił jakąkolwiek kontrolę nad uwolnioną mocą. Potężna eksplozja wstrząsnęła powietrzem. Paląca energia zapłonęła różnobarwnym ogniem, pozbawiając życia wielu spośród Białych Lwów i dotkliwie raniąc obydwóch uczniów Arcymaga. Zdesperowany Alirion spojrzał na efekty zaklęcia. Druga otchłań cieni otwierała się dokładnie pomiędzy dwiema formacjami rydwanów nie czyniąc nikomu szkody. Chwilę po tym obydwa zaklęte posągi spadły na zdjętych przerażeniem włóczników, łamiąc włócznie jak patyki i miażdżąc lekkie, stalowe zbroje z zatrważającą łatwością. Szeregi zafalowały, ale nie pękły. Widząc to, sztandarowy niemal zapłakał z wdzięczności. Póki centrum wojsk trzymało wroga, była jeszcze nadzieja. Przyspieszył kroku i wpadł pomiędzy podnoszących się z ziemi toporników.

- Wstawajcie! Wstawajcie! Do szeregu! - wrzeszczał, starając się przekrzyczeć jęki rannych, ogłuszający turkot rydwanowych kół i szlochanie młodszego z uczniów Arcymaga Valiaraena.

Gwardziści ponownie sformowali czworobok, stalową ścianą odgradzając rannych i zabitych od zbliżającego się wroga. "Nie zaatakują teraz", zrozumiał sztandarowy, spoglądając na zwalniającą ścianę rydwanów naprzeciw ich własnej formacji, "byłoby głupotą atakować od frontu na Białe Lwy".

Najwyraźniej dowodzący nieumarłymi Arcykapłan, którego imienia żaden z żyjących nigdy nie poznał, również to wiedział. Zmierzający ku środkowi elfiej armii drugi regiment rydwanów zawrócił z godną podziwu prędkością i nabierając pędu uderzył od boku na oddzielony od reszty sił oddział toporników samotnie trzymający prawą flankę.

Alirion nagle nabrał pewności, że jeśli przeżyje tę bitwę, szarża khemrijskich rydwanów będzie nawiedzać go w koszmarach do końca jego dni. Szkieletowi wojownicy wspierani wolą potężnego księcia w mgnieniu oka zdruzgotali szyk Białych Lwów, a wtedy stało się coś, czego żaden elf nigdy się nie spodziewał. Morale złamanych żołnierzy pękło tak, jak i szeregi i wszyscy szeroko słynący ze swej bitewnej odwagi wojownicy zginęli zasieczeni w krótkim pościgu.

- Panie! - wrzasnął Alirion potrząsając nadal oszołomionym Arcymagiem. - Panie! Przegrywamy! Co robić?!

- Nie… Wcale nie przegrywamy. Mamy jeszcze twoich włóczników. Mamy naszą formację Białych Lwów. Dalej wygrywamy…

Szlachcic nie mógł uwierzyć w to, co słyszy. Czyżby mag był aż tak zaślepiony wiarą w swoją własną potęgę? Odwrócił się, żeby sprawdzić, czy szeregi włóczników jeszcze istnieją, systematycznie dziesiątkowane przez kamienne statuy.

- Arcymagu, ta bitwa to klęska - zaczął. - Straciliśmy już dawno wszystkich łuczników, a drugi oddział Białych Lwów złamał się przed chwilą. Widziałem jak giną! Oni nie ponieśli żadnych strat! Rozumiecie?! Żadnych!

Valiaraen pokręcił głową. Raz po raz ocierając krew z ust znowu zaczął splatać wiatry magii, lecz nieumarły kapłan z łatwością radził sobie z każdym jego zaklęciem. Alirion nie miał pojęcia jaką potęgą potrafi dysponować ta istota, ale wystarczyło mu to, że Arcymag Elfów Wysokiego Rodu nie jest w stanie złamać jej woli.

- Coś tam się dzieje - zauważył przytomnie jeden z gwardzistów, pokazując palcem na odległy horyzont, gdzie szkieletowi magowie odprawiali tajemniczy rytuał nad szkatułą wyglądającą na ołtarz.

Alirion miał niebywałe szczęście, że najpierw spojrzał na żołnierza. Eksplozja upiornego światła, jaśniejszego nawet od pustynnego słońca, zalała pole bitwy. Topornik, który wciąż wyciągał rękę w stronę odległej jasności zamarł, zwiotczał i upadł nagle na twarz. Z jego oczu wypłynęła eteryczna substancja, rozpływając się w tętniącym świetle.

"Jego dusza, to jego dusza, to jego dusza…", myślał Alirion, kuląc się na piasku i szczelnie zasłaniając twarz pancernymi rękawicami, "co to za magia?!"

- Nie patrzcie! - wykrzyczał do padających wokół niego sylwetek. - Cokolwiek się stanie nie patrzcie w światło!

Jego ostrzeżenie najwyraźniej odniosło skutek Tylko kilku elfów nie podniosło się z ziemi. Wśród nich był Arcymag Valiaraen.

- Tak… - westchnął Alirion Nolofinwe, sztandarowy armii i obecny dowódca topniejących w oczach sił Ulthuańczyków. - Tak właśnie kończą się mrzonki o własnej potędze. I mrzonki o wygranej bitwie.

Stojące wokół Białe Lwy zadrżały, lecz nie rzuciły się do ucieczki, pamiętne losu jaki spotkał ich umykających pobratymców.

Szlachcic rozejrzał się rozpaczliwie. Kiedy dostrzegł jeden z posągów, strzaskany i rozbity w pył, przez jedno uderzenie serca poczuł jeszcze nadzieję. Chwilę później pomiędzy nogami broniących się z uporem włóczników zaroiło się pustynne robactwo, a od flanki uderzyły rydwany powracające z pościgu za resztkami wyciętych w pień Białych Lwów.

Odwrócił wzrok.

Zajmowali miejsce na wzgórzu, on, dwóch rannych magów, których skromne umiejętności nie mogły już niczego zdziałać i niedobitki gwardii Arcymaga Valiaraena.

- Sformować krąg - rozkazał Alirion. Wbił z ziemię sztandar z płonącym feniksem i powoli dobył dwuręcznego miecza. Srebrzysta stal zalśniła niczym światło gwiazd. - Przygotować się do obrony chorągwi. Chronić magów.

Spoza wzgórza powoli wyłaniały się ogony monstrualnych skorpionów. Od flanki i czoła rozpędzały się trzy kompletne regimenty rydwanów, prowadzone przez zmumifikowanych dowódców. Pomiędzy huczącymi kołami roiły się niezliczone rzesze jadowitego robactwa. Na tyłach z ogłuszającym łoskotem wylądowała ożywiona nehekhariańską magią skrzydlata statua. Byli otoczeni i bez szans na wyrwanie się z matni.

- Przynajmniej niebo jest błękitne - westchnął Alirion Nolofinwe i podniósł miecz, rzucając wyzwanie wrogiemu generałowi. - Niech wam gwiazdy przyświecają, bracia! - zawołał. - Dziś jeszcze wrócimy do świętych sal Asuryana, a wieczny ogień zapłonie tym razem dla nas!

Grzmiały kopyta szkieletowych koni.

Błyszczała stal.

- Śpijcie dobrze - szepnął szlachcic Elfów Wysokiego Rodu.

* * *

- Panie! Wracają! - krzyknął żeglarz z bocianiego gniazda, wskazując dłonią pustynny horyzont.

- Luneta! - rozkazał Ialaerin, podchodząc do relingu. Niewyraźne sylwetki majaczyły gdzieś w oddali.

Przyjął podany z ukłonem instrument i spojrzał w soczewki, wspierając ręce na rzeźbionej balustradzie. Spoza wydm wyłaniały się jaśniejące złotem sylwetki tysięcy szkieletowych wojowników. Ponad karnymi szykami rydwanów, spieszących ku brzegom morza, kołysało się mrowie polerowanych ikon. Noga za nogą, bez chwili przerwy, armie umarłych kroczyły w milczeniu ku białym okrętom.

- Odpływamy! - zakomenderował admirał. - Podnieść kotwice! Odbijać od brzegu!

- Ależ, Panie! Mieliśmy czekać dwadzieścia jeden dni. - zaprotestował któryś ze strażników morskich z Lothern.

Ialaerin spojrzał na niego i machnął ręką w kierunku pustyni.

- Nie będziemy czekać. - powiedział. - Nie ma już na kogo czekać.

Powiał wiatr, załopotały błękitem żagle. Smukłe okręty morskiej straży ruszyły, zostawiając za sobą wymarłe pustynie Nehekhary. Kiedy umarli dotarli na brzeg, białe statki zniknęły już poza horyzontem.

Jak przed tysiącami lat, tak i teraz spalone słońcem południowych bogów piaski Nehekhary zamieszkiwała wyłącznie śmierć.

Dodaj komentarz

Prosimy o zachowanie kultury. Wulgarne komentarze będą usuwane.


Kod antyspamowy
Odśwież

2009 - 2017, The Node.pl Stopka redakcyjna, Disclaimer
Template designed by Globberstthemes